Pomniejsi bohaterowie Marvela, strzegący dzielnic Nowego Jorku zdążyli się już zadomowić i rozgościć na Netflixie, jakby byli u siebie. Ekipa Defenders, czeka jeszcze tylko aż pojawi się Iron Fist, który zadebiutuje 17 marca. Jeśli byliście na bierząco z Jessicą Jones oraz 2 sezonami Dare Davila, to najnowszym serialem jaki oglądaliście (lub będziecie oglądać) był Luke Cage – ciemnoskóry obrońca Harlemu.

Możecie już kojarzyć tego sympatycznego, łysego wielkoluda. Pojawił się na ekranie wraz z supersilną panną Jones. Udało mu się nawet zaprosić ją „na kawę”. Wydarzenia w serialu dzieją się właśnie po tych przygodach. Kuloodporny Luke stara się nie wychylać, pracuje na czarno w 2 różnych miejscach, a i tak zalega z czynszem za swoje ciasne mieszkanko. Los chciał, że obaj pracodawcy reprezentują odmienne strony barykady, lecz łączy ich wspólna przeszłość. Zakład fryzjerski prowadzi dziarski staruszek, Pop – były recydywista, który postanowił naprawić szkody wyrządzone społeczeństwu. Druga praca naszego wielkoluda, to zmywak w klubie, należący do lokalnego gangstera, Cottonmoutha. W dzieciństwie trzymał się on z Popem bardzo blisko, jednak nigdy nie zaprzestał żyć z handlu narkotykami i bronią.

Tak jak wspominałem, akcja serialu dzieje się w Harlemie – czarnej dzielnicy Nowego Jorku. To właśnie miejsca, które się tam znajdują i ludzie, którzy tam żyją są dla mnie głównymi bohaterami tej Netflixowej serii. To nie tylko tło dla dialogów i zdarzeń zapisanych w scenariuszu. One wręcz tętnią życiem i wiarygodnością. W zakładzie fryzjerskim, mężczyźni kłócą się o koszykówkę, chłopcy grają w kącie na konsoli, a stare wygi z pasją rozgrywają kolejne partyjki szachów. Natomiast klub, mimo że należący do gangstera, jest prawdziwym ośrodkiem czarnej kultury. Jazz, rap i szanowani artyści, są tym co można zobaczyć w „Harlem Paradise” w godzinach otwarcia. Poza nimi, szemrane typki planują swoje równie ciemne interesy. Jednak nie jest to miejsce złych knowań. Wyraźnie czuć, że Cottonmouth dba o renomę, tak bardzo ważnego dla niego klubu i jest z niego dumny bardziej niż z czegokolwiek, czego dokonał w życiu.

Jednak co z główny bohaterem? Cage stanowczo nie jest superbohaterem, czego nie da się nie zauważyć. Nawet ciężko jest tego nie usłyszeć. Kuloodporny „Obrońca Harlemu” powtarza to w kółko jak zaklęta pozytywka. Mamy tu do czynienia ze zwykłym kolesiem, który zamiast ratować świat przed zagładą, sprawia, że pobliska okolica jest lepszym miejscem dla jej mieszkańców.

Pomaga mu w tym znana z Daredevila pani doktor. Jednak tym razem pełni ona nieco większą rolę niż w serii o obrońcy Hell’s Kitchen. W roli pomocnika potężnych bohaterów zwalczających zło sprawdza się świetnie, ale nie widziałbym jej na kawie z wielkim Cage’em.

Zdecydowanie najsłabszą stroną serialu jest główny przeciwnik naszego lokalnego herosa. Początkowo mnie intrygował i sprawiał wrażenie tajemniczego jegomościa, którym kierują jakieś misterne pobudki. Szkoda, że rzeczywistość nie sprostała moim oczekiwaniom. Prawda, jaka stała za „głównym zagrożeniem” wydusiła ze mnie krzywą minę i jęk: „serio? To dlatego ziomek zadaje sobie tyle trudu?”.

Poza słabym antagonistą, Luke Cage to kolejny znakomity serial Marvela, który wylądował na Netflixie. W trakcie napisów końcowych czułem chęć na więcej. Niedosyt na Luke’a Cage’a będzie musiał poczekać na zaspokojenie jeszcze trochę czasu. W międzyczasie pozostaje czekać na Iron Fista i Punishera.

Reklamy